DWIE ROCZNICE

Opublikowano:

Mija sto lat, jak odzyskaliśmy niepodległość. Nawet po jej uzyskaniu kosztowała ona Polaków wiele poświęceń i pracy, a nawet krwi. Dość wspomnieć ciężkie zmagania o granice wskrzeszonego państwa, a zwłaszcza zwycięską walkę polskiego Dawida z bolszewickim Goliatem w roku 1920, i później prowadzoną przeciwko nam niemiecką wojnę celną. W roku 1939, w zaledwie dwadzieścia lat po odzyskaniu niepodległości, spotkało nas to, o czym wszyscy wiemy, a z zależności od sowieckiego totalitaryzmu udało się nam wyplątać dopiero po całych pięćdziesięciu latach. Przez połowę czasu, który minął od jej odzyskania, niepodległości byliśmy pozbawieni!

Jan Paweł II był niemal równolatkiem polskiej niepodległości. Jeden i drugi totalitaryzm dopadły go bardzo realnie. We wrześniu 1939 roku Karol Wojtyła miał zaledwie dziewiętnaście lat, po wojnie przez 33 lata był księdzem i biskupem w Polsce rządzonej przez komunistów. Toteż nic dziwnego, że to, co mówił do nas, Polaków, na temat wolności i naszych polskich aspiracji narodowych – a mówił o tym wielokrotnie – jest tak przekonujące. Po prostu jego słowa naznaczone były osobistym doświadczeniem.

Tylko dla przykładu spójrzmy na to, co miał nam do powiedzenia ten papież, kiedy przyjechał do nas w czasie stanu wojennego. Powiedział to jakby na marginesie, wieczorem, bo podczas Apelu Jasnogórskiego – zatem było to dla niego przesłanie bardzo ważne, ale jednak nie centralne, nie na miarę tych wezwań najbardziej pamiętanych: „Otwórzcie drzwi Chrystusowi!”, ani że „człowiek nie może siebie sam do końca zrozumieć bez Chrystusa”, ani na miarę „Niech zstąpi Duch Twój! I odnowi oblicze Ziemi!… Tej Ziemi!”

Proste i niewyszukane słowa Jana Pawła II z kaplicy jasnogórskiej wybrzmiały skromniej, ale jakżeż rzetelnie: „Może czasem zazdrościmy Francuzom, Niemcom czy Amerykanom, że ich imię nie jest związane z takim kosztem historii, że o wiele łatwiej są wolni, podczas gdy nasza wolność tak dużo kosztuje. Nie będę przeprowadzał analizy porównawczej. Powiem tylko, że to, co kosztuje, właśnie stanowi wartość. Nie można zaś być prawdziwie wolnym bez rzetelnego i głębokiego stosunku do wartości. Nie pragnijmy takiej Polski, która by nas nic nie kosztowała”.

Te słowa Papieża Rodaka nieodparcie mi się kojarzą z mądrą obserwacją, zapisaną na początku II wieku ery chrześcijańskiej: „Wielki to zawodnik, który jest bity, a zwycięża”. Nie mam pojęcia, czy Jan Paweł II kiedykolwiek cytował te słowa biskupa Ignacego z Antiochii, napisane zresztą w przeddzień śmierci męczeńskiej. Jednak fakt faktem, że jego wystąpienia na temat polskości i miłości Ojczyzny przepełnia mądrość zawarta w tym lakonicznym aforyzmie biskupa Ignacego. Ale też taka po prostu jest prawda i obchodząc stulecie odzyskania niepodległości, nie krępujmy się otwarcie to wyznawać: że Polska, naród polski, polskie społeczeństwo to jest taki zawodnik, który chociaż wiele razy i na różne sposoby był bity, jednak na ogół zawsze zwyciężał.

*

Rzecz jasna, nie ma nic wzniosłego w tym, że ktoś jest bity. W encyklice Veritatis splendor przytoczył nasz papież aforyzm rzymskiego satyryka (!) Juwenalisa, że wielka to pomyłka tak chronić swoje życie, że potem żyć już nie warto. Przecież nieraz nawet życie warto i trzeba narażać – ażeby ocalić lub odzyskać wartości, które są ważniejsze niż życie. Za takie wartości być bitym i przyjmować to z godnością – dopiero takie postawy przyczyniają się do zwycięstwa. W swoich przemówieniach do Polaków ten wielki nasz rodak nieraz podkreślał, że prawdziwą służbą Ojczyźnie jest realizowanie takich postaw, które na pierwszy rzut oka wcale się z patriotyzmem nie kojarzą.

Przede wszystkim każdy z nas ma obowiązek troszczyć się o prawdę swojego człowieczeństwa. W swoim wielkim kazaniu wygłoszonym na Stadionie Dziesięciolecia wymienił Ojciec święty pięć wymiarów tego zwycięstwa nad sobą, do którego każdy z nas jest powołany i zobowiązany: „Zwycięstwo takie oznacza życie w prawdzie, prawość sumienia, miłość bliźniego, zdolność przebaczania, rozwój duchowy naszego człowieczeństwa”. Wszystkie one są „nieodłączne od trudu, a nawet od cierpienia, tak jak zmartwychwstanie Chrystusa jest nieodłączne od krzyża”.

Kiedy cztery lata później miał Jan Paweł spotkanie z młodzieżą na Westerplatte, swoje wezwanie do pracy i zwycięstwa nad samym sobą wyraził w obrazie tyleż prostym, co bardzo przejmującym: „Każdy i każda ma w swoim życiu podobne Westerplatte, może mniej sławne, mniej historyczne, powiedzmy, na mniejszą skalę zewnętrzną, ale czasem może na większą jeszcze skalę wewnętrzną, i tego swojego Westerplatte nie może oddać!” Wprawdzie takie obrazy z czasem się zapomina, ale przecież z łatwością daje się je odświeżyć. I na pewno warto je odświeżać.

W stulecie odzyskania przez Polskę niepodległości warto przypomnieć sobie szczególnie, że właśnie Jan Paweł II dokonał zarówno beatyfikacji jak kanonizacji dwóch powstańców styczniowych – Brata Alberta Chmielowskiego i Rafała Kalinowskiego. Obaj zapłacili bardzo wysokie ceny za swoje poświęcenie się na rzecz niesprawiedliwie zniewolonej Ojczyzny, obaj też osiągnęli najwyższe szczyty świętości. Obaj są żywymi dowodami, że miłość Ojczyzny da się idealnie włączyć w naszą miłość Boga.

*

To oczywiste, że ten wielki papież był gorącym polskim patriotą. Z całą pewnością nie osłabiało to jego posługi papieskiej, która jest przecież misją uniwersalną. On umiał odsłaniać uniwersalne wymiary swojego patriotyzmu. Dość przypomnieć wspaniałe przemówienie, które 2 czerwca 1980 r. wygłosił w siedzibie UNESCO do przedstawicieli różnych narodów. Mówił wtedy o znaczeniu języka i kultury dla duchowej przestrzeni ojczystego domu.

Przypomnijmy chyba najważniejszy fragment tego przemówienia: „Jestem synem narodu, który przetrzymał najstraszliwsze doświadczenia dziejów, który wielokrotnie sąsiedzi skazywali na śmierć, a on pozostał przy życiu i pozostał sobą. Zachował własną tożsamość i zachował pośród rozbiorów własną suwerenność jako naród nie w oparciu o jakiekolwiek środki fizycznej potęgi, ale tylko w oparciu o własną kulturę, która okazała się w tym wypadku potęgą większą od tamtych potęg”.

Kilkanaście lat później, w Liście do Rodzin, Jan Paweł przypomniał swoją wypowiedź z UNESCO, ażeby istotnie ją pogłębić: „Poprzez swą kulturę, swój język, nie tylko naród, ale i każda rodzina odnajduje swą duchową suwerenność. Trudno bez tego wytłumaczyć wiele faktów w dziejach narodów, zwłaszcza europejskich, faktów dawnych i dzisiejszych, faktów podniosłych, ale i bolesnych, zwycięstw i klęsk. Widać jak bardzo organicznie rodzina jest zespolona z narodem, a naród z rodziną”.

Jego wizja człowieka, rodziny, narodu jest więc konsekwentnie personalistyczna. Katolickiej nauce społecznej obcy jest zarówno kolektywizm, jak indywidualizm – całość jest bogata tym wszystkim, co na nią się składa, a poszczególne jej człony zyskują na znaczeniu dzięki temu, że tę całość tworzą. To dlatego papież ten kierował swoje przesłanie zarówno do poszczególnych ludzi, jak do całych ludzkich społeczności.

*

Niektórzy widzą w naszym papieżu pogromcę komunizmu. Nie sądzę, żeby mieli rację. Nie przypominam sobie, żeby Jan Paweł kiedykolwiek piętnował komunizm jako ustrój zły i niesprawiedliwy. Owszem, podczas spotkania z najwyższymi władzami PRL, które miało miejsce zaraz na początku pierwszej pielgrzymki, jasno stwierdził, że „racją bytu państwa jest suwerenność społeczeństwa, narodu, ojczyzny”. Jasno też wtedy podkreślił, że „pokój i zbliżenie pomiędzy narodami może budować się tylko na zasadzie poszanowania obiektywnych praw narodu, takich jak prawo do istnienia, do wolności, do podmiotowości społeczno-politycznej, do tworzenia własnej kultury i cywilizacji”.

Ale przecież nie mówił tego w sposób polemiczny, on tylko odwoływał się do wartości, do których komuniści oficjalnie (choć obłudnie) się przyznawali. Tę strategię stosował z zasady. „Polityką” tego papieża było jasne mówienie prawdy, przy zachowaniu pełnego szacunku dla wszystkich, również dla tych, którym ona mogła się nie podobać. Okazało się, że prawda, jeśli się ją głosi w pokoju i bez nienawiści, może mieć moc dynamitu.

Tę jeszcze cechę Jana Pawła II bym podkreślił, że on z zasady się nie bał nawet wielkiego krzyku, ilekroć trzeba było dać świadectwo prawdzie. Nie bał się mówić, że grozi nam cywilizacja śmierci, ani masowego zabijania poczętych dzieci nazywać ludobójstwem. Wbrew naciskom medialnym – niezależnie od tego, czy bronią one teologii liberalnej czy „alternatywnej moralności” – nie uciekał od jasnego nauczania również tych prawd wiary katolickiej, które dzisiaj są niepopularne. Chyba ani razu nie cofnął się przed niewygodną dla takich czy innych środowisk kanonizacją bohaterów wiary, np. męczenników rewolucji francuskiej, meksykańskiej, czy chińskiej, wojny domowej w Hiszpanii, itp. Zapewne wielu Polaków pamięta jego mądrą reakcję na protesty czeskich protestantów przeciwko kanonizacji świętego Jana Sarkandra: z kanonizacji się nie wycofał, ale przedtem uczcił protestanckich męczenników, którzy zginęli z rąk katolików.

*

Jan Paweł II był już bardzo jednoznacznie papieżem tej globalnej wioski, w którą dzięki rozwojowi środków masowej komunikacji przemieniła się nasza ziemia. Jako taki jest pierwszym papieżem w dziejach, którego słuchano aż tak masowo i naprawdę na całym świecie. W ciągu 27 lat jego pontyfikatu, zarówno w Rzymie, jak podczas 104 jego apostolskich pielgrzymek do różnych krajów, miliony i miliony ludzi mogło się z nim spotykać, słuchać go i fascynować zarówno jego nauką, jak osobowością.

Łatwo próbować to bagatelizować: „Owszem, to prawda, że osiągał szczyty popularności; to prawda, że bardzo wielu ludzi podjęło pod jego wpływem prawdziwą religijną odnowę. Ale on umarł zaledwie kilkanaście lat temu, a któż dzisiaj pamięta to, o czym mówił? Nawet my, jego rodacy, raczej mało przejmujemy się tym, czego on nas uczył!”

Na to odpowiem: Powroty do Boga mają wartość samoistną i nie tracą swojego sensu przez to, że inni wracać nie chcą, ani nawet przez to, że może jeszcze więcej jest takich, co od Niego odchodzi. Krótko mówiąc, nie ulegajmy przesądowi kolektywizmu. Wszyscy razem jesteśmy Bożym ludem, ale zarazem każdy z nas ma swoją niepowtarzalną przygodę z Bogiem. Bardzo wiele tych duchowych przebudzeń, do których przyczynił się Jan Paweł II, dokonało się w horyzontach wiekuistych. Słowem, nie mierzmy tego, co wiekuiste, naszymi doczesnymi miarami.

Pan Jezus wielokrotnie powtarzał, że „kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony” – i są to słowa nadziei, nie tylko ostrzeżenia. Wielu, bardzo wielu wytrwało do końca; wielu trwa dotąd. Sam Bóg pocieszał proroka Eliasza w czasach powszechnego odstępstwa: „Mam w Izraelu siedem tysięcy takich, których kolana nie ugięły się przed Baalem i których usta go nie ucałowały”. Taka wydaje się również prawda dnia dzisiejszego.

*

Tak się opatrznościowo złożyło, że setna rocznica odzyskania niepodległości zbiega się z czterdziestą rocznicą wyboru Karola Wojtyły na biskupa Rzymu. Wiele wydarzeń miało miejsce w ciągu tych kilkunastu lat, które upłynęły od jego odejścia. Jeśli ktoś nie pamięta tych niesamowitych wydarzeń, jakim było składanie przez niego świadectwa wiary na łożu śmierci, a później jego pogrzeb, niech poprosi starszych od siebie, żeby mu o tym opowiedzieli. Dosłownie cały świat, nie tylko katolicy, przeżywał te wydarzenia i jednoczył się wtedy wokół jego Osoby.

Jego następca, Benedykt XVI, niemal natychmiast po swoim wyborze udzielił dyspensy umożliwiającej błyskawiczne rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego i już w roku 2011 Jan Paweł II został ogłoszony błogosławionym. Był to pierwszy przypadek w dziejach Kościoła, że bezpośredni następca papieża beatyfikował swojego poprzednika.

W związku z tymi wydarzeniami warto zauważyć szczegóły, które mogą mieć znaczenie dla naszego świętowania rocznicy niepodległości. Jak wielu z nas wie, Jan Paweł II był osobiście przejęty objawieniami Siostry Faustyny i jeszcze zanim został papieżem istotnie przyczynił się do uznania przez Kościół ich autentyczności. Jako papież doprowadził do kanonizacji Siostry Faustyny, która miała miejsce w roku 2000, a na dzień jej ogłoszenia papież wybrał właśnie Niedzielę Miłosierdzia. Otóż znamienne, że ten wielki promotor kultu Bożego miłosierdzia został powołany do Domu Ojca akurat w wigilię Niedzieli Miłosierdzia. Trudno uznać to za przypadek.

Co więcej, właśnie w Niedzielę Miłosierdzia papież Benedykt go beatyfikował, natomiast trzy lata później – również w Niedzielę Miłosierdzia – Jan Paweł II został przez papieża Franciszka kanonizowany. Znaczy to, że obaj ci papieże uznali, iż kult Bożego miłosierdzia szczególnie charakteryzował tego wielkiego ich poprzednika. Mamy zatem w tym nowym świętym potężnego orędownika za naszą Ojczyznę, którą przecież tutaj na ziemi tak gorąco i tak mądrze kochał. Co więcej, ten święty papież będzie nas nieraz jeszcze zachęcał do szczególnego powierzania naszej Ojczyzny Bożemu miłosierdziu.

Jacek Salij OP